|




|

W. dzwonił wczoraj. Był trzeźwy. Znów chciał pokazać, że jest trzeźwy. Mówił, że nie pisze. Rozstał się z dziewczyną. Nie przychodził na spotkania, więc co?
- Pamięć jest zawodna - mówi. Można tak powiedzieć, ale nie kobiecie.
- "Co się z nami stało", ona mi mówi - mówi W. Prawdę mówiąc spływa to po mnie gładko, jakbym reakcję odkładał na inny termin. Jak w wielu innych sprawach. Jak we wszystkich innych. Dopowiadam za niego po odłożeniu słuchawki, nie wydając głosu. Robię kilka kroków, by jako pierwszy wejść do tramwaju. Wszystko z myślą o zajęciu twardego krzesełka, o zamknięciu oczu, o ciszy, o braku znajomych twarzy. W jednej chwili dostrzegam jak wielki targa mną strach. Jak żyje on we mnie, żywi się moim ciałem wprowadzając weń drgawki, dławi żołądek; jak potrafi żelazną pięścią ścisnąć mózg. Jak rośnie z każdym dniem zbierając się niczym ogon za kometą. Odwracam się. Znów tracę głos. Innego spodziewałem się krajobrazu, innego miejsca. Ona patrzy obrażona czując, że właśnie zapomniałem, iż jest tutaj ze mną. Ściągam brwi i szybko, jak najszybciej próbuję przypomnieć sobie kilka ostatnich minut własnej przeszłości. Jestem bezradny. Nie znam jej imienia.

Otrząsam się z obłażących mnie podstępnie myśli. Na potwierdzenie tego szarpię głową przesyłając kontrolowany dreszcz dalej, w dół kręgosłupa. Wspomnienia były zuchwałe! Na ich miejscu natychmiast zaczynają piąć się kolejne. Tym razem sprzed godziny. Tempo wzrostu w przyrodzie charakterystyczne tylko dla chwastów. Znów więc siedzę przed nimi, za stołem. Poruszamy mój ulubiony temat.
- Kobieta kocha detal, stary - mówi J. niedbale, wręcz z odrazą obracając w ręku wieko od cukiernicy - co to kurwa jest?! - patrzy, jakby pierwszy raz w życiu widział plastykowe psie gówno, takie, jakie sprzedają na Pestalozziego.
- Kocha detal, nie jest w stanie pokochać faceta - kończy zmieniając ton na odpowiedni wobec ciszy, która musi teraz na chwilę zapaść. M. nie mówi nic. Badawczo spogląda na męża, bez chwili wahania pozostawia jego słowa bez jakiegokolwiek komentarza. Ja popadam w zadumę. Wysiłek ujawniam wielkimi fałdami skóry na czole. Zdania wypowiedziane przez J. są tłuste, będę je trawił ze dwa dni...
Mglisty chłód sprawnie wsuwa się w rękawy. Autobusu jak nie było tak nie ma. W oknie po przeciwległej stronie ulicy kłótnia przechodzi w kolejne stadium rozwoju. Strony przystępują do redukcji zasobów zastawy stołowej. Nagle, bez wyraźnej przyczyny, przed mymi oczyma zaczyna się tłoczyć ostatnie pięć i pół miesiąca mojego życia. Przez moment, jedną chwilę, przeszywa mnie wrażenie, że ja to wszystko już gdzieś czytałem.

Właściwie to już tylko stoję. Pod kasztanowcem, który zupełnie niedawno kwitł prawie na czerwono. Jest całkiem ciemno. I zimno, nawet jak na październik. Poruszam nienaturalnie szczęką, czując jak prąd alkoholu swędzi mnie w żyłach.
- No napij się ze mną - słyszę już po chwili. Jest stara. Śmierdzi i jest naprana. I nie ma co szukać innych słów, gdyż te są celne najbardziej.
- No kup wódkę, bo będę musiała iść pić z gliniarzem - mówi nadając swemu jedynemu argumentowi niebywałą wagę.
- Ja już swoje wypiłem - mówię, decydując się odpowiadać tak z uporem na wszystko, co jeszcze powie, choćby nagle zaczęła deklamować Langstona Hughes`a.
To dziwne, ale to pierwsze słowa jakie wypowiadam do kogoś tego wieczoru, choć umówiony byłem w trzech różnych miejscach, co godzinę. Nie liczę zamówień składanych u barmana - bardziej zresztą instytucji niż człowieka. Rozmawiałem nie z nim, a z jego lodówką. Nie liczę więc tego. Mam gdzieś liczenie. Znów stoję i kiwam się lekko. Przede mną przepływa wątły już strumień weekendowych niedobitków. Sopot gnije powoli jak tegoroczna jesień. Klepie mnie w ramię jeden z tych nieczytelnych facetów, którzy równie dobrze mogą być kochającymi wnuczkami, jak i ponurymi gwałcicielami.
- Czemu jesteś taki smutny? - pyta i odchodzi... Nawet nie prosi o papierosa. Ja gapię się za nim, jakbym zobaczył Żyda z Etiopii, choć tacy podobno istnieją. Po chwili, przez szaleństwo w jego oczach, kwalifikuje go do tych wariatów, jakich spotyka się średnio raz na trzy lata, nie widząc nigdy wcześniej i nigdy potem. Powoli i z olbrzymim wysiłkiem, skulony, decyduję się na pokonanie kilkusetmetrowej odległości dzielącej mnie od przystanku. Jak trudno jest mi teraz wyobrazić sobie słońce.

Ten fragment podwórza, równo wykreślony framugami okien, patrzy na mnie już dwa miesiące. Nastała godzina i oni znów zaczynają się zjeżdżać. I znów zastanawia mnie nieskazitelna czystość ich aut, tak obca pośród brudu i nieumiejętnie skrywanego przygnębienia Warszawy. Wciąż ta natrętnie powracająca scena powolnego, męczącego i do bólu przepełnionego perwersją wciskania samochodów w wąskie, oporne miejsca parkingowe. Te uparte manewry, wsteczny walczący z jedynką, nerwowe pomruki silników zniecierpliwionych ciągłym protestem asfaltu.
Potem znów oni. Z kamiennym cieniem najgłębszej rutyny sięgający po płaszcze i szyfrowane przed Bóg wie kim teczki. Ledwie zauważyłem, że wróciła też i ona. Czułem jak chodzi, czułem jak morduje mnie spojrzeniem, jak zaciska dłonie na mej szyi chwytając zimną klamkę sypialnianych drzwi. Gdzieś między nami, na tle odgłosów sawanny pojawił się ciepły, kobiecy głos: "Likaony natychmiast pożerają zdobycz. Dopiero potem, ociężałe, wracają do młodych. Tam wymiotują treść żołądka, dostarczając w ten sposób pokarm potomstwu. Zachęta nie jest potrzebna. Młode jedzą ochoczo."
I gdy znów sawanna zaczęła trzeszczeć hipnotyzującym odgłosem cykad, odezwała się ona.
- Pomóc ci się spakować?
- Już to zrobiłem - powiedziałem nie odwracając głowy.
- Kiedy jedziesz? - szepnęła prawie, nieumiejętnie kryjąc puste łzy.
- Jutro w południe - powiedziałem, wyraźnie czując jak dźwięk tych słów zamienia się natychmiast w kamień.
Ci na parkingu zamykali auta i tym samym, stawianym z żelazną konsekwencja krokiem, przemierzali chodnik i ruszali na górę, by móc znów wyrzygać się przed swym ostatnim miotem.
- Jutro w południe - powiedziałem raz jeszcze, a świat natychmiast spłynął śmierdzącą krwią wielkomiejskiego deszczu. Zupełnie bez potrzeby.
|