"Czuj się obciążony, czyli loyalnie uprzedzam..."

Najpierw mgła. Zawsze najpierw mgła. Potem widzę ojca, jak siedzi z półotwartymi ustami i ogląda mecz. Jest nerwowy, wścieka się. Na jakiekolwiek pytania odpowiada całkiem bez sensu, wzroku nawet na moment nie odrywając od telewizora. Zaczynam się go bać, nie podoba mi się to i wracam do swego pokoju dalej szturmować dywan plastykową armią spod biurka. "Jeeeeeeeeesss.........." – ryczy całe osiedle, lecz okrzyk powoli zamiera, tu i ówdzie płynnie transformując się w najohydniejsze przekleństwa świata. Po chwili klnie całe osiedle. Dzieciom więdną uszy. Żony się wściekają. Psy włażą w ciemne kąty. Obudzone koty mrużą oczy, na tą jedną chwilę zainteresowane światem wokół nich. Jest rok siedemdziesiąty ósmy. Deyna nie strzela karnego z Argentyną...

Już wtedy zaczyna się coś dziać. Jeszcze o tym nie wiem. Mam pięć lat. Mój świat ciągle jest za mały, by mógł się w nim zmieścić futbol. Jednak trucizna powoli i cierpliwie przenika do krwi. Moja uzależnieniowa natura niebawem doczeka się pierwszej realnej pożywki. Szpony nałogu zaciskają się na mym sercu. Moje żyły drżą...

Znów lato. Upał, który znieść mogą tylko dzieci. Uganiamy się za piłką bez przerwy. „Marek! Marek!” – woła z okna mama. Podbiegam, unoszę głowę. Nade mną cztery piętra bloku z wielkiej płyty. „Włochy – Brazylia!” – krzyczy z góry. „Już się zaczyna!”. Odwracam się do chłopaków, jednym ruchem dłoni pokazuję, że ja spadam. I – jak to 9-letni chłopcy – z szaleńczą prędkością ruszam – bez patrzenia – w przeciwną stronę, do klatki... Daleko nie biegnę. Chwilę potem biorę udział w kolizji z rowerem kierowanym przez 7-letnią sąsiadkę Karolinę. Robi się dramatycznie. Ona ma stłuczone okulary, guza, zdarty łokieć i kolano. Ja długo nie oddycham. Przez następnych kilka lat ona nie odpowiada mi „cześć”. Kilkanaście lat później zostanie moją dziewczyną, ale na krótko. Nie potrafimy się dogadać nawet w trakcie spaceru. Ona chce w lewo, ja w prawo... W końcu jadę 300 kilometrów, by powiedzieć jej, że to koniec. Ona już to wie... Włochy – Brazylia, najlepszy mecz hiszpańskiego mundialu, oglądam dokładnie 20 lat później, w internecie. Pamiętam trzy gole Bońka z Belgią. Pamiętam osłaniającego piłkę Smolarka, który w narożniku szerokimi plecami zatrzymuje graczy z wielkim CCCP na piersiach. To już nie tylko futbol. Jestem dzieckiem, ale to czuję. Pamiętam bramkę Kupcewicza z Francją. „Ciołek do Buncola! Cudowna akcja!”. To wszystko znam. Widzę jednak też, jak Salwador pragnie strzelić swojego pierwszego gola na mistrzostwach, w meczu z Węgrami. Atakuje bez pamięci, traci 10 bramek, ale cel osiąga. Widzę, jak Niemcy z RFN i Austriacy grają ułożony mecz, by wyeliminować Algierię. Nic z tego nie rozumiem, ale coś jest przecież nie tak. Pamiętam N`kono – szczupłego kameruńskiego bramkarza. Wygląda, jakby miał za chwilę umrzeć ze strachu, ale broni jak natchniony! W trzech meczach puszcza jednego gola (z Włochami), wcześniej potykając się nieszczęśliwie. Kamerun nie przegrywa żadnego meczu, ten stracony gol i tak daje Włochom – przyszłym mistrzom świata – tylko remis. Kamerun jednak wraca do domu. N`kono płacze... Jeszcze nie raz zobaczę na boisku łzy, ale te zapamiętam najlepiej...
I, mimo pierwszego tak silnego doznania bezsilności, jak w czasie przegranego półfinału z Włochami, mistrzostwa wspominam dobrze. Dają mi smak sukcesu, wiem, jaki jest słodki. Już jestem uzależniony. Za rok gdańska Lechia zdobędzie Puchar Polski jeszcze jako 3-cio ligowiec. Jesienią zmierzy się z Juventusem. Wtedy jest już jednak inaczej. To ja opuszczam dolną szczękę. Ojciec porzuca futbol. Po prostu przestaje się nim interesować, z rzadka oglądając tylko fragment meczu w moim towarzystwie. Czuję się, jakbym zdjął z jego barków ciężar. „Wójcicki, ten kaleka” – powie kiedyś, potem zaśnie w fotelu. Mnie przyśni się w nocy Roman Wójcicki cały w ranach, jak poszarpany przez stado lwów. To zdecyduje, że we śnie futbol zawsze będzie dla mnie koszmarem. Fajfer obroni na nieistniejącym już Stadio Municipale w Turynie rzut karny bity przez najlepszego strzelca mistrzostw Rossiego, ale jest 0:7. Nie jestem gotowy na taki cios. W Gdańsku, gdzie ludzie wiszą na drzewach jak małpy, by zobaczyć mecz, do przerwy jest 2:1 dla Lechii. Duma rośnie we mnie do tak wielkich rozmiarów, że dostaję gorączki i kolejne dni spędzam w chorobie.

I wtedy, powoli, prawie niezauważalnie, słodycz zaczyna tracić smak. Jeszcze nie wiem, w co się wpakowałem, ale będę miał setki okazji by dowiadywać się o tym ciągle na nowo. W 84-tym są Mistrzostwa Europy we Francji. Od początku trzymam kciuki za Hiszpanię. Czekam na wielki futbol w finale z gospodarzami, jednak Arconada dokonuje jakiegoś cudu puszczając piłkę pod brzuchem po strzale Platiniego. Gol kuriozum. Potem jeszcze jedna bramka i 0:2. Z Hiszpanami czuję się więc związany na całe życie. Więź będzie pogłębiana. Już w 86-tym Hiszpanie grają porywająco i gromią świetnych Duńczyków 5:1 w 1/8 finału. Emilio „Sęp” Butragueno strzela 4 gole. Ćwierćfinał z Belgią i.... porażka w karnych. We Francji, w 1998 roku, Hiszpanie mają świetny zespół. Grają jednak oczywiście tak, że w ostatnim grupowym meczu z Bułgarami kolejne gole strzelają płacząc. Kiko strzela na 6:1 i beczy dalej. Wracają do domu.

Pechowa interwencja Arconady jest tylko przygotowaniem do wydarzeń, które ostatecznie mnie ukształtowały. W sercu nie mam śladu po olimpiadach i mistrzostwach z lat 70-tych. Nie widziałem ich. Nie wiem co tak naprawdę grali wtedy Polacy. Coś musiało jednak w tym być... W Neapolu, gdzieś w połowie lat 90-tych spotkałem 14 letniego Włocha, który znał polską jedenastkę z tamtych lat na pamięć; co nie przeszkodziło mu zajebać torebki towarzyszącej mi dziewczynie. Szarmach i Lato kojarzą mi się wyłącznie z Espana`82. Gorgoń z fryzurą. Musiał z wódką. Tomaszewski z głupotą. A Górski? Jak myślę Górski, to zaraz widzę starszego Pana z naleśnikami zamiast uszu w programie satyrycznym Manna i Materny. Epizod. Ale jaki! Pokazują go jak siedzi na fotelu, przy lampce, na kolanach monstrualnych rozmiarów książka. Górski mówi: „Dobri wjeczór Panstwu”. Jest sztywny jak NRD-owska wędka. I mówi: „Z ksiengi przisłów polskich”, chrząka i udaje, że czyta: „Łatwiej kijek obcienkować, niż go późnij pogrubasić. Dobranoc Panstwu.” I znika. Kaziu Górski. Taki gość! O Domarskim nie ma co wspominać. Jego pieprzona bramka na Wembley w 73-cim śni mi się średnio 4 razy w roku. Jako koszmar. Raz Domarski strzela, raz pudłuje. To znów Shilton zamienia się w głupka Tomaszewskiego, który krzyczy: co Ty robisz Jasiu!? W niektórych snach biorą też udział Niemcy w czarnych mundurach Gestapo, ale „Zi Dżermans” to już zupełnie osobna historia. Wiem, że gdy jeszcze raz Szpakowski powie: zanim przeniesiemy się na Wembley, zobaczmy jak Domarski.... itd., to nie wytrzymam. Robią co mogą Anglicy, którzy w akcie rozpaczy postanowili zburzyć swą pierdoloną „świątynię futbolu” i postawić jakiś inny stadion; pod pretekstem niewystarczającej funkcjonalności starego. Każdy, kto widział choć w telewizji stadion GKSu Katowice wie, że to śmieszny argument. Mimo wszystko chwała Anglikom za to. Doceniam ich poświęcenie.

Nadszedł ten Meksyk. Rok 86-ty. Od początku koszmarne męki. Z Maroko 0:0. W potwornych cierpieniach rodzi się zwycięstwo 1:0 nad Portugalią, która niewiele ma wspólnego z półfinalistą ME sprzed dwóch lat, a wściekły Bento to już wspomnienie. Gola w zamieszaniu wpycha, bo nie strzela przecież, Smolarek. Włodkowi należy się zdanie. Ja pamiętam, jak w Atenach z Grecją biegł od połowy boiska sam na bramkarza. Najpierw dogonił go jeden Grek i zawisł mu na prawym ramieniu. Smolarka trochę przygięło, ale ciągnął dalej. Po chwili drugi cholerny Grek uwiesił mu się na jedynym wolnym ramieniu. Smolarek znów jęknał, zachwiał się, ugiął mocniej kolana. I, choć nisko nad ziemią i pozostawiając na trawie ślad niczym pług, to jednak poszedł z dwoma obrońcami na karku do końca. I strzelił gola. Nie do przewrócenia facet. Szerokie plecy, krótkie nogi. Żadnych szans. Jednak gol wbity Portugalczykom, to bynajmniej nie był „majstersztyk”. Była to tzw. szmata. Jezu! Potem przecież znowu była Anglia i wszystko od nowa. Domarski, Tomaszewski co zatrzymał Anglię, wszyscy oni do kupy na powtórkach i w studiu. Szpakowski z już całkiem dobrze zapuszczoną „pożyczką” na czaszce. Wszystko co najlepsze. Sam mecz był koszmarem, tyle, że na jawie niestety. Trzy razy Lineker do przerwy i po drużynie. Awans dzięki Marokańczykom, którym widocznie nikt nie powiedział, że wystarczy im remis i ci rozbili „potomków Vasco da Gamy” (ciekawe...). W każdym razie po tych meczach nadawałem się już do sanatorium, do wód... A tu Brazylia. Byłem przygotowany na najgorsze, ale to co się wydarzyło w tym meczu, a właściwie cały ten mecz, to polski futbol w pigułce, to ekstrakt, to esencja... Tarasiewicz w słupek. Karaś – poprzeczka. Boniek – nożycami obok okienka. Brazylijczycy – 4 gole. Tak, teraz czułem się już ostatecznie uformowany. Boniek po mistrzostwach powiedział, że 20 lat będziemy czekali na udział w mundialu i żeby nie narzekać. Wiedziałem już wtedy jedno; będę musiał to oglądać. Miałem 13 lat. Byłem bezbronny.

Jak zostało powiedziane, tak się stało. Rozpoczęła się kilkunastoletnia era zaciekłej – prowadzonej najczęściej bez powodzenia – walki o zwycięskie remisy. Zawsze obecna w środowisku piłkarskim głupota teraz dopiero miała swoje pięć minut. „Gra się tak, jak przeciwnik pozwala”, „staraliśmy się, ale nam nie wyszło”, „ale się poprawimy i u siebie zagramy bez kompleksów”, „nawierzchnia tutaj była bardzo nierówna”, „trener nie powiedział”, „trener za dużo mówił”, „piłkarze nie wykonali założeń taktycznych”, „piłkarze nic nie wykonali”, „wykonali, ale nie wiadomo, co”, „sędzia nas nie lubi”, „przy 0:1 powinien być dla nas karny, na 0:3 przeciwnik strzelił ze spalonego, a gdyby Julek Kruszankin zamiast Czachowskiemu dał Warz..... Warzycha... Warzychszcz....... Warzyszemu Krzyśkowi! (uff...) to byłoby zupełnie inaczej.” Zupełnie. Bez wątpienia. Osobiście obserwowałem nasze Orły w meczu z Koreą. W Bydgoszczy. Dwa dwa. Po, jakżeby inaczej, zażartym boju. Widziałem 0:0 w Gdańsku z Cyprem, wisząc na barierce, z dupą na gołym betonie i przy padającym deszczu. Wtedy po raz pierwszy zaniemówiłem na kilka dni, a mama zaczęła przebąkiwać o psychiatrach. W końcu doszło do meczu z San Marino w Łodzi. Kicha całkowita. W 70 minucie Jan Furtok wbija piłkę do siatki ręką. Wszyscy to widzą. Po meczu Pan Redaktor, jeszcze na płycie boiska, pyta Furtoka: „Panie Janku, czy strzelił Pan tego gola ręką?”. Furtok robi minę zarzynanego barana i mówi: „Trudno powiedzieć”. Widzi to jakiś spec od psychotestów w kolorowych pismach i kilka lat później żadna tego typu „zabawa” nie może się bez takiej odpowiedzi obyć. Czas płynie. Sędziowie nie lubią nas momentami jakby bardziej. Wielkie imprezy w telewizji to jednak ciągle cukierki przez szybę. Co chwila, jakby dla kontroli stanu, gramy z Anglią. Znowu Domarski. Szpakowski łysieje. Jaja kwadratowe. W tzw. międzyczasie na szersze wody wypływają Bułgarzy, Czesi i Chorwaci. „Chorwacja – Niemcy 3:0, pierdol Leppera...!”. Nasi nie wypływają. Po drodze świetne mecze na barcelońskiej olimpiadzie tylko niepotrzebnie drażnią. Jak to było z tym dopingiem? Był barszczyk, czy nie było? Bo u nas zawsze barszczyk. Albo pasztecik, jak w przypadku Morawieckiego. Doping?! A fe! W każdym razie, ze szprycą czy bez, mamy zdolne pokolenie. I co? Wojtek Kowalczyk robi sobie 1,5 roku przerwy w "karierze", żeby móc spokojnie popić, bo piłka mu widać przeszkadza. Staniek kończy karierę w wieku lat 28... "Dżordzi Best to miał i stracił..." Człowiek, który pierwszy zarabiał wielkie pieniądze w futbolu nagle okazuje się biedakiem. "Panie Best, co Pan zrobił z taką kasą?" - pytają go kiedyś. "Większość wydałem na kobiety, samochody i alkohol" - odpowiada właściciel domu na kurzej łapce. "A co z resztą?" - pyta dociekliwy reporter. "Resztę po prostu przepuściłem...." - mówi Best. Jest rok 2002. Czytam w gazecie: "George Best wraca do szpitala. Komplikacje po przeszczepie wątroby." Kowalczykowi nie grozi. Jego wątroba wytrzyma wszystko. Tylko czy my wytrzymamy?

Nadchodzi nowy wiek. Czas na "kolejnego, nowego trenera". Ja bym wolał Smudę. On podobnież palił marihuanę z Pele, w Los Angeles... I choć ledwie mówi po polsku („pojechalyśmy do Bukarreszt..”), to w powodzi szarzyzny, beznadziei i blagierstwa tego argumentu lekceważyć nie sposób. Jestem za nim. Wybierają jednak Władysława Jerzego Engela. Co ich przekonało? Wicemistrzostwo Cypru?! Kadra powołana. Pierwszy mecz, to wyjazd do Hiszpanii! Po takiej grze 0:3 to dobry wynik. "Kogo on tam kurwa powołał!? Kto to jest ten Krzywanek!?" - bulwersuje się kolega Raku. Właśnie. Kto to jest Krzywanek? Kadra Engela potrzebuje pięciu meczów, by strzelić gola. Dałem się nabrać obleśnemu Wójcikowi w poprzednich eliminacjach (bo przecież eliminacjami odmierzamy już czas, a nie turniejami), teraz załatwić się nie dam. Obok orłów zwykłych, białych, pojawia się też czarny. Nadal nie ufam. Wygrana w Kijowie jeszcze mnie nie przewraca, także dlatego, że jej nie widać. Dosłownie. Usterki poza granicami kraju. Pewnie podobne, jak w czasie pamiętnej transmisji z Oslo (ale nie tej za Engela). Wtedy nasza Krajowa Telewizja pokazała cały mecz, „przedłużyły się” tylko reklamy po przerwie... W te dwie minuty Norwegia załatwiła sprawę. Facet w studiu obiecywał „gola z odtworzenia”, ale potem okazało się, że ten, co miał nagrywać, był akurat w kiblu...
Już rozbicie Białorusi trochę mnie wytrąciło z równowagi, ale powtarzałem sobie, że nieczęsto strzela się 3 gole, oddając w meczu... dwa strzały. Wreszcie zremisowali po kiepskim, jak mówi Zydorowicz – „spektaklu”, z Walijczykami i mogłem odetchnąć. Do wiosny daleko. Zydorowicz, znawca pierwiastków śladowych, znany jest jako kibic GeKaeSu Katowice; często pieszczotliwie używając zwrotu „gieksa”, który mi – z nieznanych przyczyn – nieodłącznie kojarzy się z gównem. Ten człowiek ma dar przypominania mi dzieciństwa. Wyrastałem w czasach, gdy w niedzielę, po teleranku, dawali programy dokumentalne o bitwie pod Studzienkami, albo o innej. Czołgi, na czarno-białej kliszy, przez godzinę jeździły w tę i z powrotem. Potęga. Choć było to tylko przygotowanie... Potem nie mieli już litości. Poranek symfoniczny! Wielka Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia i Telewizji w - a jakże – Katowicach pod batutą Agnieszki Duczmal, albo nie daj Boże Maksymiuka... I muzyka „współczesna”, Penderecki. Zaczynali zaraz po zajawce, 12.01, i tak tłukli bez ładu i składu do 12.59. Nagle przestawali i było po wszystkim. Dziecięca wrażliwość wystawiona na próbę. To było gorsze niż Domarski! W każdym razie Zydorowicz mówi: „Na stadionie katowickiego GKSu zasiadło (?!) 2000 sympatyków futbolu”. A kamera pokazuje jakichś troglodytów ciskających wyrwanymi ławkami jak kijem od miotły. To Studzienki. Zaraz potem grają te Katowice. I, cholera, nigdy nie mogłem opędzić się od wrażenia, że stylem przypominają tych wariatów przez godzinę katujących niestrojone skrzypce...

.

 

 

Tu będzie historia polskiego FOOTBALLU


Copyright 2002 - karton studios