Jeśli poprosić przeciętnego Polaka, by szybko wymienił trzy najbrzydsze miasta w kraju, to w zdecydowanej większości wypadków swój ranking rozpocznie od Warszawy. I będzie zupełnie bez znaczenia, że ta ocena, choć powszechna /niewiele jest spraw, co do których panuje podobna zgoda narodowa/, jest skrojona nieco na wyrost ostatecznie nawet w opinii jej najbardziej maniakalnych stronników. Okazuje się, że kiedy przyprzeć ich do muru, zmuszając do ponownego przemyślenia sprawy, tym razem już jednak na zimno, są gotowi nieco spuścić z tonu, przyznając w tej konkurencji palmę pierwszeństwa, którejś z podsuniętych przez nas kandydatur w postaci miast Górnego Śląska bądź Pomorza Zachodniego. Uczynią to jednak niechętnie i bez większego przekonania. Zgoda na przesunięcie Warszawy na którąś z dalszych pozycji nie przychodzi łatwo. Najpierw gotowi się jeszcze spierać. Cmokają, kręcą głową, mruczą coś pod nosem, widać jak się męczą pod naciskiem nie wyartykułowane na głos wątpliwości i zastrzeżeń. W końcu jednak wzięci w krzyżowy ogień argumentów opartych na bezstronności i zdrowym rozsądku, z oschłą rezygnacją niższego urzędnika, na którym zwierzchnik wymusza subordynację porzucają, wydawałoby się nieugięte, stanowisko w tej sprawie. Ale teraz już nie odnajdziemy nawet śladu owego rozgorączkowanego natchnienia, tamtej chorobliwej emocji, jaka jeszcze przed chwilą rozświetliła ich twarz, kiedy mogli, niczym złowrogie zaklęcie bądź przekleństwo, wypowiedzieć imię stolicy, naśladujące swym brzmieniem warkot, przy którym obnażają się aż trzykrotnie wyszczerzone zęby. I gotów jestem założyć się, że zapytani w przyszłości o to samo, ale przez kogoś innego, z tym większym uporem i wyzywającym przekonaniem wycharczą swoje: - Warszawa...

Jeśli nawet w tych ostatnich zdaniach trochę mnie poniosło i cokolwiek demonizuję intensywność niechęci nie - warszawiaków do Warszawy to jej fakt pozostaje czymś bezspornym. Ona wciąż jeszcze stanowi trwały ale i wstydliwy element naszej zbiorowej świadomości, a żarty na jej temat skuteczniej niż cokolwiek innego, niemal natychmiast, budują poczucie żywej wspólnoty. Niechęć ta jest uniwersalna - możemy w różnych, mniej lub bardziej łagodnych formach rozpoznać zarówno u fryzjerów i adwokatów. Niegdyś podsycana była wrogością wobec despotycznej centrali, skąd ciągnięto za wszystkie sznurki, dziś żywi się dodatkowo zawiścią wywołaną zarobkami warszawiaków uchodzącymi za najwyższe w kraju.

Dla niektórych, wcale nie żartuję, Warszawa to współczesny Babilon lub Egipt - zepsuta inowobogacka, bezwzględna, pyszna, próżna, bezczelna; jej bóstwem stał się pomnażany dzięki uprzywilejowanej pozycji pieniądz, musi więc być w ich oczach szkaradna, a nawet najszkaradniejsza. Większość jednak pozostaje obojętna wobec jej niemoralnego prowadzenia i oskarża ją, że jest najbrzydsza, bo nie jest piękna. Nie mogą jej wybaczyć, że mając ambicje być stolicą, w żaden sposób nie mieści się na jednej skali porównawczej ze zbudowaną przez lekceważonych u nas Czechów Pragą, czy choćby Budapesztem, nadal kojarzonym nie bez pewnej dozy protekcjonalności, z demoludową wersją luksusu. Wielokrotnie byłem świadkiem jak zniechęcano cudzoziemców podróżujących po Polsce do odwiedzenia Warszawy, starając się odmalować wszystko co tam zastaną z teatralną dosadnością wyartykułowanym "shit". Na ustach wypowiadającego to słowo maluje się w takich wypadkach niesmak, a w głosie fałszywie pobrzmiewa nuta szczerej troski o cenny czas trochę zbitego z tropu takim obrotem sprawy rozmówcy.

Najczęściej te ostrzeżenia nie odnoszą żadnego skutku. Mimo naprędce układanych tras zwiedzania omijających z dala Warszawę i dziesiątek innych propozycji, uprzejmie potakujący głową Japończyk czy Francuz, przyciągani jakąś fatalną siłą prędzej czy później i tak wylądują na Centralnym. Tą siłą, wobec której zupełnie bezradne pozostają natarczywe perswazje, przyjacielskie prośby i ponure ostrzeżenia, jest rozpowszechnione przekonanie, że to, co najbardziej charakterystyczne dla danego kraju, czyli jego istota, skupia się, niczym w soczewce,w jego stolicy, bez względu na to jak bardzo byłaby szkaradna. Bo tak naprawdę, wbrew obiegowym sądom i zapewnieniom samych turystów, mało kto ze zwiedzających poszukuje w miastach czy pośród zabytkowych budowli prostego piękna.

Ludzie pragną przede wszystkim doświadczyć esencji,

bądź, jak najczęściej bywa, jej pozoru, aby później wyjechać z przekonaniem, że dotknęli swym palcem tego, co według bedekerów najważniejsze. Mało kto jest w stanie zignorować drążące go od wewnątrz poczucie niespełnienia, kiedy opuszczając Paryż, nie stanął choćby na chwilę pod wieżą Eiffla, będącą w powszechnym przekonaniu pępkiem Francji.
-To jakbyś w ogóle tam nie był, powiedzą mu później znajomi, przed którymi zdradzi się z tego karygodnego niedociągnięcia, umacniając w nim w ten sposób jakieś poczucie dyskomfortu towarzyszące od chwili przekroczenia granicy. I pod wpływem takiej presji faktycznie zwątpi on w realność swej podróży. Odtąd będzie zadręczał się podejrzeniem, że nigdy nie dojechał do Francji. Podróżowanie ma więc wiele wspólnego ze światem mody - ostatecznie wszystko sprowadza się do obcowania nie z rzeczywistością in crudo, ale z etykietką, znakiem firmowym, który dopiero gdy zostanie rozpoznany nada rzeczom, czy też w opisywanym tutaj przypadku, przestrzeni, faktyczną tożsamość, bez której przemierzane wzdłuż i wszerz miasto nadal pozostaje miejscem bez imienia. Właśnie dlatego, cudzoziemiec, choćby przejechał już całą Polskę, nie zazna spokoju, dopóki nie ujrzy na własne oczy, sylwetki Pałacu Kultury, krępej i zwalistej, niczym wciśnięta w źle skrojony garnitur, osoba partyjnego dygnitarza.


Jest w tym jakiś podszyty ironią i szyderstwem paradoks, że to ta, a nie inna budowla, mimo niechęci mieszkańców oraz kpin, jakich jej nie szczędzono zaraz od chwili powstania, stała się prawdziwym symbolem miasta Warszawy. Bo na pewno nie zbudowana na nowo starówka, ani pękata wieża Zamku Królewskiego, ani nawet Kolumna Zygmunta a właśnie Pałac, nachalnie wdzierający się nam w oczy niemal z każdego punktu miasta, dziś nadal, w dziesięć lat po upadku komunizmu sprawuje swą niepodzielną nad nim władzę.
Ten wyzywający symbol obcej siły tkwi niewzruszenie w samym środku gigantycznego placu niczym stolec, pozostawiony przez włamywacza w pokoju na dywanie, by takim gestem pogardy ostatecznie pogrążyć i upokorzyć swą ofiarę. Wszystkie drogi w Warszawie prowadzą do Pałacu. On stanowi jej centrum, najtrwalszy i niezmienny niczym Gwiazda Północna punkt odniesienia. Chodząc po Warszawie tak naprawdę cały czas krążymy wokół jego iglicy uwiązani do niej niewidzialną nicią. Hipnotyzuje nas z bliska i daleka. Wiele razy byłem świadkiem jak podróżni przybywający tu pociągiem, już podczas jazdy przez miasto, wychylali się przez okna niespokojnie szukając go wzrokiem gdzieś na linii horyzontu i dopiero, gdy się wyłonił w całym swym bizantyjskim majestacie, siadali na miejsca z malującą się na twarzy, nie zachwianą już niczym, pewnością, że oto nareszcie są w tej prawdziwej Warszawie.

Byłoby grubym uproszczeniem twierdzić, że Pałac swą bezsprzecznie dominującą pozycję w mieście zawdzięcza tylko pokaźnym rozmiarom, gorliwym wysiłkom hołubiącej go przez lata propagandy, czy iście królewskiemu usytuowaniu na linii przecięcia głównych nerwów miasta. Wprawdzie po to, by królował pozostawiono wokół niego ogromne, puste przestrzenie, które trzeba przebyć jak nie kończące się stopnie ołtarza nim w końcu dotrzemy do sal pełnych ruskich cudów, to jednak jego magnetyczna siła płynie skądinąd.
Duch stolicy mieszka w Pałacu. Tutaj znajduje się jej matecznik. Cała otaczająca go reszta jest tylko cieniem, pochodną, kolejną odmianą idei zawartej w tej budowli, będącej dla miasta tym, czym jest przechowywany w szklanej gablocie wzorzec metra dla układu S.I. Zanim jednak dokładniej wyjaśnię, o czym się tu mówi, chciałbym nie bez lekkiego wstydu przyznać się do swej nie słabnącej od dzieciństwa fascynacji Warszawą, której przyczyn mimo usilnych starań w żaden sposób dotąd nie potrafiłem sobie wytłumaczyć. I piszę ten tekst licząc, że tym razem uda się choćby na mgnienie uchwycić ten beznadziejnie wymykający się fenomen. W żadnym innym wypadku, nie zdarzyło mi się, abym był tak bezradny wobec niemożności określenia powodów dla których wobec kogoś lub czegoś odczuwam miłość.

Przez moment zastanawiałem się, czy nie skreślić tego górnolotnego słowa. A jednak muszę przyznać, że choć zawłaszczone przez wyświechtaną frazeologię sentymentalnego patriotyzmu, chyba najlepiej opisuje moje emocjonalnie uwikłanie w Warszawę. Gdyż miłość to także irracjonalna słabość wobec obiektu, do którego się odnosi, to nie dająca się niczym usprawiedliwić i wytłumaczyć bezwolność i uległość.

 

Racjonalnie rzecz biorąc ktoś, kto się tu nie urodził, lub nie ma bliskich przyjaciół, a więc nie został schwytany w sidła, które uniemożliwiają dokonanie trzeźwej oceny, nie może lubić tego miasta. Po prostu nie ma za co. Obce nam i należące do obcych nie budzi żadnych sentymentów. Wychodząc z dworca poruszamy się wśród drażniąco rozrzedzonej zabudowy, w tłumie wylewającym się co chwila na ulicę z zajeżdżonych na śmierć, "towarowych" wręcz autobusów. Woda i chleb mają tu jakiś techniczny posmak. Wydaje się, że służą do podtrzymania w ludzkich organizmach jedynie podstawowych funkcji biologicznych. Niemal wszystko nosi na sobie to piętno brutalnego funkcjonalizmu, wyzbytego jakichkolwiek metafizycznych złudzeń.

Kupuję ciastko w czerwonej plastikowej budce. Podaje mi je ręka mężczyzny? kobiety? - nie w sposób rozstrzygnąć/, która na moment wysunęła się przez małe, porysowane okienko z pleksi, skąd kiedyś wydawano bilety komunikacji miejskiej. Z perwersyjną satysfakcją stwierdzam, że ciastko jest zupełnie pozbawione smaku. Ci, którzy powołali je do istnienia w ogóle nie brali pod uwagę, że zjedzenie go ma sprawiać komukolwiek przyjemność. Nikt też prawdopodobnie od nich tego nie żądał. Kupujący zadawalają się symbolicznym wymiarem zjawisk. Wystarczy, że ciastko nazywa się ciastkiem i posiada jego przybliżony wygląd, ciężar, cenę. Mieszkańcy tego miasta, mimo że zostali pierwsi poddani twardemu konwejerowi realnego kapitalizmu w zasadzie nie zmienili się. Jak niegdyś nie budzą szczególnej sympatii ani zaciekawienia. Są zwyczajni. Z reguły pozbawieni wdzięku czy urody. Mija się ich z obojętnością, z jaką pieszy odnosi się do ciągnących się wzdłuż krawężnika łańcuchowych barierek... Chyba znów posuwam się za daleko. Ale pisząc o Warszawie chciałbym dać wyraz emocjom nie zafałszowanym żadną polityczną poprawnością. Nie roszczę sobie pretensji, aby moje słowa były traktowane i oceniane z powagą należną czemuś, co pretenduje do obiektywnej prawdy: spojrzenie obcego przybysza, siłą rzeczy ślizga się po powierzchni rzeczywistości; zawsze jest okrutne i niesprawiedliwe. Jakkolwiek nigdy nie pozwoliłbym sobie na ujawnienie, tych z pewnością budzących niechęć wynurzeń, gdybym idąc po ulicach Warszawy nie mógł jednocześnie powtórzyć za Mickiewiczem – "to lubię", a w chwili obecnej przy klawiaturze komputera dodać bez wahania: "Widzę" to wszystko "i opisuję, bo tęsknię".

 

Skąd się bierze to uczucie budzące we mnie samym zakłopotanie? Dlaczego to miasto, ilekroć przyjeżdżam do niego wydaje mi się w jakiś pokrętny sposób bliskie? Nie bez lekkiego niepokoju muszę przyznać, że wszystko tu jest jakieś znajome, swojskie, wręcz domowe i nie mogę pozbyć się natrętnego wrażenia, że w zasadzie jestem u siebie "na osiedlu". Właśnie "na osiedlu" a nie w mieście, gdyż Warszawa to jedno gigantyczne osiedle i wszyscy, którzy spędzili całe swe życie jako mieszkańcy blokowisk, poruszają się po Warszawie ufnie, swobodnie i pewnie jakby prowadzili rutynową nawigację na doskonale znanych wodach. W ten sposób większość Polaków, choć nie zdają sobie z tego sprawy, to autentyczni warszawiacy.

Czegokolwiek byśmy jej nie zarzucali za jedno przynajmniej powinniśmy pozostać wdzięczni: Warszawa nie odpycha nas, nie puszy się wyniosłą obcością, jak choćby Kraków, gdzie na rynku nigdy nie opuszcza mnie poczucie, że na zawsze pozostanę tu ledwie tolerowanym gościem, przybłędą łaskawie wpuszczonym do arystokratycznego "salonu", jakim z pewnością jest to miasto, obwieszone swą jagiellońską historią, solidną architekturą, dostojną uniwersytecką tradycją, młodopolską legendą niczym arabska kobieta złotem.
Kraków, niczym surowy i wymagający ojciec, weźmie na kolana, może nawet pogłaszcze po głowie tylko tych z nas, którzy sobie czymś wyjątkowym zasłużyli na jego czułość i przychylność. Warszawa jest jak matka. Nie stawia żadnych warunków. Do wszystkich bez różnicy odnosi się z proletariackim egalitaryzmem.

Aby zrozumieć tę inność wystarczy porównać z sobą Pałac Kultury i Wawel.

Wobec Pałacu nie zawahałbym się użyć stwierdzenia, że jest nasz - wszystkich przyjeżdżających do Warszawy Polaków. Możemy godzinami, przez nikogo nie nagabywani, błądzić po labiryntach jego korytarzy, wsiadać do wind, by zatrzymać się na dowolnie wybranej kondygnacji, krążyć bez końca po galerii, skąd rozciąga się niemrawa panorama miasta, przypominającego z tej wysokości rozrzucony na polu zakład przemysłowy. Jeśli przyjdzie nam tylko na to ochota, wolno nam tutaj przepchnąć, przez odgradzającą kratownicę, foliowe opakowanie po właśnie zjedzonych chipsach, by porwane wiatrem wirowało w powietrzu tak długo aż zupełnie stracimy je z oczu i nikt nie będzie się temu dziwił, nikt nie zwróci nam uwagi. Rzecz jasna, nie przyszło mi nawet do głowy, by na zasadzie analogii, zwiedzającym Wawel pozwolono przyklejać gumę do serca Dzwonu Zygmunta bądź na marmurowy nos sarkofagu króla Kazimierza. Ale miarę naszego cudzoziemstwa w Krakowie wyznacza sam fakt, jak bardzo takie, dla wielu, co tu kryć, naturalne zachowanie, jest tutaj czymś niewyobrażalnym. Bo jeśli nawet pojawi się nam w myślach chętka na podobny wybryk, choćby zupełnie mimowolnie, jako czysta, nie domagająca się urzeczywistnienia fantazja, to nie stróż muzealny, a własne superego naubliża nam od swołoczy, azjatyckich dziczy, barbarii, hołot, czym spiorunowani i skruszeni położymy po sobie uszy, a do wieczora będzie nas trawić palące, niczym rozżarzony węgiel, poczucie winy i wstydu.

   

Są miasta, które uwodzą nas swym kanonicznym, oficjalnym, uświęconym w ciągu dziesięcioleci, "klimatem", "duchem miejsca". Przyjeżdżamy do nich doskonale zorientowani w jego charakterze, toteż wszystko sprowadza się do potwierdzenia wiedzy, z jaką tu przybyliśmy. Ale nawet nieuprzedzony podróżny bardzo szybko go podchwytuje i jego prywatny odbiór nie odbiega w ostatecznym rozrachunku od obiegowych klisz. Nie ma większego znaczenia na ile "duch miejsca" jest zjawiskiem realnym, na ile zaś swój byt zawdzięcza umiejętnie podsuwanej przybyszom i mieszkańcom sugestii. Ważne, że ludzie nagminnie posługują się tym pojęciem, by opisać w ten sposób doświadczaną przez nich wyjątkowość. To w pełni usprawiedliwia pytanie, jakie chcę teraz zadać - kim jest i jaki jest duch miasta Warszawy? Najpierw przypomnę wielokrotnie powtarzaną prawdę - przestrzeń miejska to przestrzeń mitu. Miasto żyje życiem zapożyczonym z powstałych naprędce rojeń lub przywiezionych, gotowych o nim wyobrażeń. Aura przestrzeni magicznej najbujniej i najchętniej pleni się na kamiennym pniu wyjątkowej architektury. W ten sposób nawet tak martwe i od wewnątrz wydrążone miasto jak Gdańsk, którego budowle to właściwie kompleks porozstawianych mniej lub bardziej chaotycznie dekoracji, wytwarza wokół siebie sztuczną ale i niemal fizycznie namacalną atmosferę hanzeatyckiego portu.
Ceglana makieta sprawia, że nabywa on niejako za darmo bo nikt go nie rozlicza z realnego związku między formą a faktyczną treścią/ ściśle określoną tożsamość, zasadniczy rys charakteru odbierany przez nas w sposób nieodparty jako genius loci. Duch Warszawy jest duchem nieskończenie bardziej doskonałym. To duch w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu. Absolutnie niematerialny, idealnie niewidzialny wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Nie zanieczyszcza go żadna uchwytna treść, żaden mit, który byłby przekładalny na prostą i jasną fabułę.

Warszawa w przeciwieństwie do Gdańska nie emanuje żadną specyficzną atmosferą

i w zasadzie nie kojarzy się z niczym.

Dlatego przy całym swoim ubóstwie (a właściwie dzięki niemu) posiada coś, czym nie może poszczycić się żadne inne wielkie miasto - chyba tylko tutaj, stykając się z jej mieszkańcami możemy doświadczyć, czym jest człowieczeństwo samo w sobie, człowieczeństwo bez reszty obnażone, którego nie osłania żadna maska legendy, żadna szata stereotypu, jakimi mogłoby ono okryć swe wątłe ciało. Współczesna Warszawa, odkąd potworności powstania straciły dla młodego pokolenia Polaków moc legendo twórczą, wisi w doskonałej próżni. Jej zdominowana przez konstruktywizm zabudowa jest fantastycznie „przezroczysta”. Właściwie w ogóle się jej nie zauważa. W najmniejszym nawet stopniu nie zabarwia ona ducha miasta i nic nie wnosi do życia zamieszkujących tak hiper neutralne środowisko ludzi. Tutaj człowiek, wyzbyty z wszelkich naddatków, jest po prostu człowiekiem, budynki są tylko miejscami pracy bądź zamieszkania a ulice to zwykłe ciągi komunikacyjne. Rywalizujący z Warszawą Kraków pod tym względem stanowi największe jej przeciwieństwo. Obrósł swą legendą niczym pokryty mchem leśny głaz. Jest aktorem - zawodowcem, który nawet w nocy nie ściąga z ciała kostiumu. Jego zgrany repertuar sprowadza się do kilku pozycji. Wszyscy znają je na pamięć, ale tłumnie przybywającej na spektakl publiczności to w niczym nie przeszkadza.

Kiedy myślę o Warszawie, to jawi mi się ona w postaci następującej wizji: na rozciągającej się po horyzont płaskiej jak step równinie stoi grubo ponad milion identycznych łóżek z koczującymi na nich mieszkańcami. Taki obraz stolicy jako ludzkiej masy stłoczonej pod gołym niebem chyba najpełniej oddaje istotę rzeczy. Gdyż Warszawa to sami ludzie. Rzeczy, przedmioty, budynki, jak to już wyżej powiedziałem, nie odgrywają najmniejszej roli w kształtowaniu jej charakteru. Wszystko, co wielkie i wszystko, co małe w tym mieście rodzi się wyłącznie w przestrzeni międzyludzkiej. Jak zrobić drugą Warszawę? - spędź w jedno miejsce milion osób, czekaj i patrz, co z tego wyniknie.

Człowieczeństwo tych ludzi, w odróżnieniu od mieszkańców Gdańska, czy Krakowa, pozbawione twardej mitotwórczej skorupy, odsłania się ze bezradną otwartością, niczym organy wewnętrzne rozwielitki prześwitujące przez jej przezroczyste ciało. Nawet eleganckie garnitury, tych którzy w rwącym nurcie ulicy nieustannie coś do siebie monologują, przyciskając telefony komórkowe do zaczerwienionego ucha, nie stanowią żadnego parawanu dla faktycznej nagości. Wprawdzie wszystkie rekwizyty, w jakie się wyposażyli mogą wywołać wrażenie, że oto znaleźliśmy się w jakimś odpowiedniku londyńskiego City i aktualny duch Warszawy nosi białą koszulę, krawat i solidną teczkę. Ale ludzie ci brnąc w tłumie fermentującym nędzarską pstrokacizną tracą jakąkolwiek wiarygodność. Mimo zaciekłego oporu wsiąkają w tak diametralnie różne od nich tło i fason biznesmena lub bizneswoman, w jaki się opancerzyli, złazi z nich niczym płaty łuszczącej się farby. Zaczynamy być niemal pewni, że ich teczki z cielęcej skóry lub szykowne torebki wypchane są gazetami tłustymi od czekającej na swój czas wątrobianki, a telefony to kupione na straganie z zabawkami atrapy.

 

Pora na kawęA jednak to tutaj w mozole i znoju kształtuje się fizyczny i mentalny typ Polaka przyszłości, który prędzej czy później zwycięsko rozprzestrzeni się po całym kraju, odsyłając swych wszystkich dotychczasowych rywali do antropologicznego lamusa. Będzie nim rzecz jasna homo economicus - człowiek redukujący w swym umyśle całą europejską kulturę do ekonomii. W odróżnieniu od przedwojennych warszawskich elit, które Europę utożsamiały z jej imponującą kulturą, słowo Europa będzie dla niego znaczyć tyle co społeczeństwo dobrobytu i nic więcej. Stanie się on tu, nad Wisłą, mieszkańcem przystrzyżonej do jego kultury umysłowej i wypływających z niej potrzeb Europy, która uzna jego miasto za europejskie w chwili, gdy Warszawa spełni jeden tylko warunek: przekształci się w świetnie prosperujący rynek wyposażony w prawdziwie nowoczesną miejską infrastrukturę.
W wyniku nacisku kultury masowej w ciągu pokolenia, najwyżej dwóch, człowiek ten wyglądem upodobni się do nadludzi z reklam. Przypadnie mu w udziale proste, standardowe, ale rzetelne piękno oraz pozbawiona zapętleń i zbędnych komplikacji duchowość umożliwiająca łatwe szczęście. Już w chwili obecnej wydaje się wielce prawdopodobne, że będzie on jedynie konsumentem wymyślanych przez Europę dóbr, a nie ich twórcą. Oznacza to całkowitą standaryzację jego wyglądu, ubioru, sposobu bycia i myślenia, tak że w chwili, gdy w końcu osiągnie europejski poziom ucywilizowania (niemal powszechne wyższe wykształcenie, zdrowe zęby, sprawne, czyste ciało) nie znajdziemy w nim niczego, co czyniłoby go innym, odmiennym, specyficznym. Pozbawiony czegokolwiek własnego Polak i jego kraj, podobnie jak teraz Warszawa, raz na zawsze przestaną budzić w umysłach cudzoziemców jakiekolwiek konkretne skojarzenia. W zasadzie dla nikogo nie będzie miało to znaczenia, może za wyjątkiem ludzi żyjących z turystyki, którzy zapragną, by dla celów reklamowych stworzyć jakiś stereotypowy, czytelny dla cudzoziemców, symbol kraju leżącego nad Wisłą. I w końcu okaże się, że najbardziej adekwatnym dla całej Polski logo, jej wizytówką, ikoną dzięki której cudzoziemcy nauczą się nas rozpoznawać, jak rozpoznaje się Rosję po cebulastych wieżach Kremla, jest

Pałac Kultury.

Przyznajmy mu sprawiedliwość - wszakże to on był najbardziej spektakularną zapowiedzią mającej zagarnąć wszystko unifikacji. Nowe budynki powstające w centrum Warszawy, by nie zaburzyć spójnej panoramy miasta, musiały się dostosować do bezstylowości jego grubo ciosanej bryły. Wyrastające w błyskawicznym tempie geometryczne wieżowce o smukłych ścianach z dymnego szkła i aluminium są przecież niczym innym jak jego udoskonaloną wersją. Planiści i architekci wznoszący nową Warszawę – kosmopolityczne, uniwersalne miasto bez historii - wykazali się świetną intuicją. Stawiane przez nich budowle z rzadko spotykanym pietyzmem nawiązują do ducha stolicy, którego osobliwy charakter bierze się z braku charakteru.

   

 

Jej herbem wciąż jest syrena osłaniająca swą nagość tarczą i uniesionym do ciosu mieczem. Chyba już najwyższy czas go zmienić, by nie pozostawał w jaskrawej w niezgodzie z prawdziwą naturą stolicy, której istota leży w nagości czystej i doskonałej. Odbierzmy więc syrenie miecz i tarczę. Niech stanie przed nami bezbronna i naga nagością, która nie wyraża niczego poza sobą samą. Ale co to? Zabieg ten nie wystarczy! Bez broni syrena z nagimi piersiami staje się po prostu kobietą. A przecież Warszawa, mimo żeńskiej końcówki rodzajowej w swej nazwie, z pewnością kobietą nie jest.


To miasto nic nie ma wspólnego z kobiecością

i wyobraźnia osiada na mieliźnie, gdy próbujemy powołać do życia wydestylowaną z jego murów, ulic, mostów kobietę o imieniu Warszawa. Nie jest także mężczyzną. Jest człowiekiem. Człowiekiem bez określonej płci jak osoby przedstawione na niektórych znakach drogowych. Tylko kilka kresek tworzy ich bezpretensjonalną, łatwą do uchwycenia jednym spojrzeniem anatomię. Ogołoceni z indywidualnych właściwości są doskonałym wcieleniem, tego co w rodzaju ludzkim wspólne, a więc praktycznie nieistniejące. Niech w godle Warszawy zamiast syreny znajdzie się taka postać. Lecz żadnych kolorów! Tak będzie uczciwiej. Niewtajemniczeni będą oglądać w obramowaniu herbu tylko puste pole, w którym my możemy odnaleźć i wszystko i nic.

 

 

 


Copyright 2002 - karton studios