|
                
|
|
Deszcz swoim cichym pomrukiem drapie w jeszcze niedawno wysuszone słońcem dachówki. Zimno ciągnie znad wody, wczesnojesienne liście powoli pęcznieją wilgocią i nieuchronnie dążą ku mokrym płytom chodnika. Gdy nie pada, letnie godziny bronią się jedynie w świetle południowego słońca. Gdy schodzi ono za bryły szarych kamienic, powoli, ciągle jeszcze majestatycznie prezentując swoją upalną potęgę ostatnich dni, szare tynki zakurzonych ścian zdają się wpełzać na scenę wrześniowego wieczoru. Bronią się jeszcze ostatnie sierpniowe kolory, lecz niczym okrążone dywizje - skazane są na nieuniknioną porażkę. Bitwa jeszcze trwa, ale okupacja jesienna już blisko. Wąsaci restauratorzy i ich wierni kelnerzy w popłochu sposobią swoje, jeszcze niedawno tętniące kolorowym tłumem ciał przybytki, zamykają śluzy chmielnych strumieni, składają wiklinowe, coraz cięższe krzesła i owalne stoliki. Proporce parasoli jeszcze łopoczą nad opustoszałym miastem. Zabłąkany patrol, na rogu Parkowej, legitymuje zziębniętego pijaczka z zielonkawym zarostem na ogorzałych policzkach. Przestępując z nogi na nogę - wie że zaraz rozpocznie się ostatni akt jesiennego dnia - pierwszy sztorm zbliża się z każdą minutą.
Ciągle próbuję wyobrazić sobie miasto.
Tak dziwnie znajome. Miasto puchnące starymi kamienicami z resztkami secesyjnych balkonów rozpadających się w pył. Wieczór. Zapach morza. Kebab. Ktoś śpi na ławce. Woda cieknie z kamiennego wodopoju, czarno-biały pies pije ją cicho, łapczywie merdając ogonem. Ciepło? Tak. W tle tandetne disco z zachrypniętego głośnika, zniekształcone szaszłyki, których nikt już dzisiaj nie kupi. Kamienne płyty i zielone śmietniki Monciaka. Oczy dziewczyn spacerujących pod rękę, papierosy, piwo, może jakieś lekkie narkotyki? Faceci obserwują wszystko uważnie, telefonując z pewną dozą niedbałości. Ledwie wyczuwalny szum wieczoru, psy, pijacy, sklep nocny, pierwsze światła w oknach, facet w podkoszulku na balkonie pierwszego pietra przeciąga się leniwie. Mecz piłkarski w jednym z mieszkań. Komentator sportowy zachłystuje się kolejnym zwycięstwem. Bramy tutaj pachną amoniakiem. Witek na gitarze bez jednej struny gra Speedy Gonzalesa, Peter Konfederat nie rozstawia już swojego przenośnego kramu. Chyba umarł kilka lat temu. Parasolnik też nie naprawia już starych parasoli. Znaleźli go w tych chaszczach tuż koło kościoła Ewangelików. Wariaci odchodzą w zapomnienie. Jedynie Żorż Kanada przechadza się leniwie z papierosem w kąciku ust i chromowanych okularach. Szykowny kurort. Czuć zapach zatoki, zatoki tak wielkiej i małej zarazem.
Wiadomo już, że za horyzontem jest półwysep.
Morze jest tak niewielkie. Można w nie wejść po przycumowanym do brzegu pomoście mola. Lecz tam nie... Chodźmy lepiej z powrotem w labirynt uliczek, wśród stuletnie kamienice i dwustuletnie drzewa. Tam, gdzie nie znajdzie nas nikt. Aż po kres nocy. Kocie łby kończącej się ulicy Westerplatte. Oby jej nigdy nie odnowili, bo to Coś, co tu mieszka wyprowadzi się stąd bezpowrotnie. Nie znajdzie spokoju wśród stali, betonu i suchych szwedzkich tynków. A teraz liszaj nocy pokrywa to wszystko. Latem jest tu przyjemnie, ale najpiękniej zimą - wieczorem gdy zapalają się pierwsze latarnie i z nieba prószy pierwszy śnieg. Wtedy wszystko zasypia. I wydaję się, że tego nie ma. Jest tak jak w dawnym śnie, który śnił się na ulicach które nigdy nie istniały. Były doskonalszym odwzorowaniem rzeczywistości. Lepszym, właściwie idealnym. Z natłokiem detali i sztukaterii wśród domów, które być może powstałyby gdyby secesja trwała o kilka lat dłużej. Może ja byłem na tej wyimaginowanej ulicy, tylko zgubiłem drogę? Może jest ona gdzieś, nie zlokalizowana na żadnej mapie? Zapomniana i niedostępna. Jak ją odnaleźć? Gdzie szukać? Pozostaje Abrahama, Westerplatte, Wybickiego zwana kiedyś Owczą, Parkowa, Park Południowy i jeszcze kilka, których nazw nigdy nie pamiętam.
Miasto jest jak idealna kobieta.
Ma w sobie tajemnicę, której nikt nigdy nie pozna. Jest niepowtarzalne i zaskakujące. Kusi nas gwarem przepychu, upija nas w modnych kafejkach, chce abyśmy zeszli z obranej drogi i zagłębili się w nie odwiedzane przez lata ścieżki uliczek. Tak, wystarczy chwila nieuwagi i jesteśmy narażeni na obcowanie z absolutem, nieskończonością tajemnicy. Czy ono śpi? Zasypia nad ranem, gdy szara godzina spowija eklektyczne budynki, nie mając siły bawić się nadchodzącymi refleksami pierwszego słońca. Zmęczone i brudne od popiołu, niedopałków i pustych butelek. Gdy ból głowy zagłusza prolog poranka. Tak, jest wtedy cicho. Mleczarze nie dzwonią butelkami, bo czy ktoś widział ostatnio mleczarza? Odeszli jak tamci co zapalali naftowe latarnie na skrzyżowaniach ulic. A ja pamiętam jeszcze wystający korzeń słupa, u progu mojego domu. Dziadek mówił że tu była latarnia gazowa. Ale jego już nie ma i nikt nie potrafi już tak objaśniać rzeczywistości. Nie ma latarni, świeżych maślanych bułek na śniadanie, pozlepianych landrynek w złotym pudełku. Jest okno przez, które zawsze patrzył jak biegliśmy do szkoły. Czas płynie i połyka łapczywie wspomnienia. Sny dotyczą nowoczesnych technologii i stare senniki trzeba było wyrzucić. Dwudziesty wiek mimo, że wydawał się nam rzeczywistością odchodzi niepostrzeżenie. Telewizja kablowa zamiast radia z zielonym okiem, napoje energetyzujące zamiast zsiadłego mleka. I tylko czasami pośród szpar w podłodze odnajdujemy zgubione drobne monety i zasuszone pestki czereśni. Nikt już nie opowie nam o pierwszych samolotach nad podkrakowską wsią. Tych, które z hukiem przelatywały w pierwszych dniach września czternastego roku. Nikt...
Gdzie są ptaki?
- pomyślałem wchodząc powoli po wilgotnych schodach plażowej przystani. Piętro, które jeszcze kilka dni temu pełne było rozgrzanych tłustym blaskiem słońca turystów
- Zamknięte. Już nie obsługujemy, chyba że piwo w puszce - wyrwał mnie z nazbyt poetyckich myśli, głos zmęczonego, sezonowego barmana. Jego koszulka z firmowym logiem pobliskiego browaru, wydawała się zszarzała i zdefasonowana. Nie przestawał mocować się z niklowanym kranem.
- Jedno. Żywiec. - odparłem po chwili milczenia - Z lodówki.
- Nie ma Żywca. Jest Lech albo Tyskie. To w zasadzie to samo - zasapał głos spod stołu, - ale ciepłe, lodówkę już zabrali.
Wziąłem. Nie mogłem wybrzydzać, przy plażowym bulwarze, wszystkie bary były zamknięte na głucho. Powoli włożyłem słuchawki, które miały mnie ochronić przed napastliwym otoczeniem. Piosenka Deusa Sister Dew znajomo rozpoczęła się w głowie. Mimo, że dopasowywałem ją od chwili kupienia tej płyty do wielu sytuacji, teraz zabrzmiała dobitnie i nieco ckliwie. Nie przeszkadzało mi to. Muzyka sprawiała względną ulgę i pozwalała myśleć z precyzją pijanego chirurga. Mimo, że zbliżała się dopiero siódma, czuć było przenikliwe zimno i wilgoć nocy. Księżyca nie było prawie widać - niskie chmury zajmowały stanowiska nad Zatoką, Brzeźnem i Nowym Portem. Letnie noce, które tak bardzo chciałem sobie przypomnieć, wydawały się jeszcze bardziej nierealne. Wydały mi się odległe jak coś, co wygrzebujemy z jamy dziecinnych wspomnień. Coś nieprzyzwoicie wyidealizowanego, wręcz sztucznego. Preparatu wspomnień, ekstraktu zdarzeń, wzbogaconego tym czym karmiła się moja podświadomość - scenami z książek, filmów i snów. Czy ja to wszystko stworzyłem? Wiem, że kiedyś będzie mi się to wszystko wydawało kolejną historią rodem z tandetnej powieści. Zastanówmy się, co by zrobił ktoś taki jak, Gantenbein? Powiedzmy, taki Gantenbein?
życie...
|
       
|